Oczy księżnej, które swoim blaskiem zwiodły przed ośmiu laty z drogi celibatu już mocno podstarzałego nojona-lamę, przestały się gnoić, znikła czerwoność, znikł stan zapalny i nieprzyjemny, ostry ból. "Inyń" nie posiadała się z radości i nie wypuszczała z rąk zwierciadła, w zachwycie się sobie przyglądając.
Nojon podarował mi pięć dość dobrych koni, dziesięć baranów i duży worek mąki, z której natychmiast napiekliśmy sucharów.
Mój towarzysz-agronom dał mu za to nowy 500-rublowy banknot rosyjski; ode mnie zaś książę dostał niewielki kawałek rodzimego złota, znalezionego w łożysku małej rzeczki, i kieszonkowy rewolwer z dziesięciu nabojami.
Cała rodzina i urzędnicy księcia odprowadzali nas do "kure" (klasztoru), położonego o piętnaście kilometrów od koczowiska władcy Soldżaku. Prowadził nas Sojot, wysłany przez nojona z rozkazem konwojowania nas aż do Kosogołu.
Nie zatrzymaliśmy się w "kure", lecz około "duguna" – chińskiej osady handlowej. Chińscy kupcy, patrząc na nas z podełba, zaczęli nastręczać różne towary, szczególnie kusząc nas okrągłemi, glinianemi "łanchonami" (karafkami) z "majgoło", słodką, chińską wódką anyżową. Nie mieliśmy ani srebra w kawałach, ani chińskich kałgańskich dolarów papierowych, więc ze smutkiem spoglądaliśmy na apetyczne "łanchony". Nojon jednak rozkazał dać nam pięć butelek i zapisać je na swój rachunek osobisty.
Później, podczas wieczorów zimowych, nieraz wspominaliśmy bardzo wdzięcznie starego nojona, racząc się słodką wódką z gorącą herbatą, i trzeba przyznać, że nikt z oddziału nie był obojętny dla sympatycznych "łanchonów", które starannie owijano w szmaty i w suchą trawę, żeby się nie stłukły w naszych worach skórzanych. Niech nie oburzają się moraliści i przeciwnicy alkoholu! Nadużycia alkoholu nie było. Pomyśleć tylko: pięć "łanchonów" i osiemnaście zdrowych, bezdennych gardzieli! Oprócz tego – mróz od 15-20 stopni i czternaście godzin dziennie na siodle!
Lecz dość usprawiedliwień, gdyż widzę, że moraliści już się uspokoili i nie oburzają się wcale.
Tajemnice, cuda i potyczka
Tegoż dnia wieczorem jechaliśmy brzegami dużego "świętego" jeziora Teri-Nur. Jezioro zamarzło tylko przy brzegach, i mogliśmy obserwować je w całej okazałości. Jest to wielka powierzchnia żółtej, mętnej wody. W kilku miejscach niedaleko brzegów rosły niewysokie trzciny, już brunatne, połamane przez mroźne wiatry. Pośrodku jeziora wynurzała się z wody wysepka, znikająca corocznie. Na niej rosło kilka już padających drzew, a śród nich można było dostrzec jakieś stare ruiny baszt i murów z gliny, zwykłej budowy chińskiej.
Przewodnik opowiedział nam, że przed 75-100 laty Teri-Nuru nie było; na równinie zaś leżała silna forteca chińska. Jakiś święty lama za uczynioną mu przez komendanta chińskiego krzywdę wyklął fortecę i załogę, przepowiedziawszy jej prędką i straszną zgubę. Zaraz nazajutrz ze wszystkich studni lunęły potoki wody, zburzyły mury i budynki. Załoga chińska zginęła bez śladu, i tylko czasem fale wzburzonego jeziora wyrzucają na brzegi stare czaszki i kości ludzkie. Jezioro powiększa się co rok, podchodząc coraz to bliżej do okalających je gór.
Po godzinie ominęliśmy od wschodu Teri-Nur, i jezioro znikło za lasem. Droga nie była ciężka, lecz przewodnik uprzedzał, że czekają nas miejscowości bardzo trudne do przebycia. Doszliśmy do nich po dwóch dniach. Przed nami był gęsty las, rozpościerający się na górze, pokrytej grubą warstwą śniegu. Za tą górą w promieniach zachodzącego słońca piętrzyły się majestatyczne szczyty, pokryte wiecznemi śniegami, z których w różnych miejscach wznosiły się nagie, bezbarwne skały.
Były to wschodnie najwyższe odnogi Tannu-Ołu. Zatrzymaliśmy się na nocleg pod lasem i o świcie zaczęliśmy przedzierać się przez gęsty bór. Do południa prowadził nas Sojot przez las, robiąc ogromne, kręte zygzaki, gdyż wszędzie drogę tamowały niezliczone, głębokie wąwozy, przysypane śniegiem, wysokie ściany z leżących drzew lub też zwały kamieni i skał, które stoczyły się z gór.
Namordowawszy się w ciągu kilku godzin, nieoczekiwanie powróciliśmy na miejsce naszego noclegu. Nie było wątpliwości, że przewodnik zbłądził i zupełnie stracił drogę. Na jego twarzy malowało się paniczne przerażenie.
– Złe duchy starego lasu nie przepuszczają nas! – szeptał drżącemi wargami. – Zły to znak! Lepiej powracać na Hargę do nojona.
Krzyknąłem na niego gniewnie, i Sojot znowu poprowadził nas, chociaż stracił wszelką nadzieję odszukania ścieżki przez Tannu-Ołu, nie robiąc nawet żadnych w tym kierunku wysiłków. Na szczęście jeden z moich ludzi, myśliwy urianchajski, zauważył nacięcia na drzewach. Były to znaki, wskazujące ścieżkę ukrytą pod głębokim śniegiem. Brnąc śniegiem, przeszliśmy ten las "złych duchów", przecięliśmy inny mniejszy, składający się z czarnych, gołych, spalonych modrzewi, i zatrzymaliśmy się o zachodzie słońca w niewielkim gaiku tuż u podnóża Tannu-Ołu.
Wkrótce zapadł zmrok, jednocześnie zaś zerwał się wicher i niósł z sobą chmury śniegu, zasłaniające białą płachtą cały widnokrąg.
W okamgnieniu nasz obóz był zasypany głębokim śniegiem; konie stały, jak białe widma, nie odgrzebywały trawy z pod śniegu i nie chciały odchodzić od ogniska. Wiatr szarpał im grzywy i ogony. W szczelinach i wąwozach górskich wicher huczał, gwizdał i jęczał. Chwilami zdawało się, że setki głosów smutnych śpiewają jakąś pieśń złowrogą, pełną grozy. Zdaleka dochodziły nas odgłosy ponurego wycia zgrai wilków.
Już większa część oddziału pokładła się koło ogniska, gdy zbliżył się do mnie przewodnik i rzekł:
– Nojonie! Pójdźmy do "obo"... Chcę ci coś pokazać.
Poszliśmy. Na samym początku stromej ścieżki leżała kupa dużych kamieni ze złożonym na nich bezładnym stosem suchych gałęzi. "Obo" jest lamaickim znakiem świętym, który mnisi lamowie układają w niebezpiecznych miejscach. "Obo" – to ołtarz na cześć złych demonów, władców tych miejsc niebezpiecznych. Przejeżdżający Mongołowie i Sojoci składają tu swe skromne ofiary błagalne lub dziękczynne, wieszając na gałęziach "obo" szmaty, kosmyki włosów, wyrwanych z końskiej grzywy lub "chatyki", tj. długie pasma niebieskiej jedwabnej materji, które dają w prezencie osobom duchownym lub starszyźnie. Czasem stawiają miseczki z prosem, z bobem lub solą.
– Spójrz! – szepnął Sojot. – Chatyków niema... Wiatr zerwał i uniósł jedwabne szmaty i przewrócił miseczki z ofiarami.
– Demony są gniewne... Nie puszczą nas, nie ułatwią nam drogi przez Tannu-Ołu.
Sojot nagle schwycił mię za rękę i błagającym głosem prosił:
– Powróćmy, nojonie, powróćmy! Demony nie chcą użyczyć nam drogi przez swoje góry. Nikt tu nigdy w zimie nie przechodzi. Już dwadzieścia lat gniewają się demony, i każdy śmiałek – myśliwy lub pastuch, usiłujący przejść tę drogę, ginął. Demony posyłały na niego śnieżną zamieć i mrozy.
Widzisz? Wszystko to już się zaczęło... Dużo ludzkich kości leży na tych strasznych szczytach, nikt nie powrócił do swojej jurty. Wracajmy wszyscy do naszego księcia, u którego doczekamy się ciepłych dni wiosny i wtedy...
Nie słuchałem dalej tchórza i poszedłem zpowrotem do ogniska, ledwie widocznego przez śnieg mknący z szaloną szybkością. W obawie możliwej ucieczki przewodnika kazałem wystawić wartę na noc i bacznie na niego uważać.
W nocy obudził mię wartownik-oficer i rzekł:
– Może być, że ja się mylę, lecz zdaje mi się, słyszałem huk strzału karabinowego...
Cóż mogłem na to powiedzieć? Może gdzieś tacy, jak my, podróżni dawali sygnał zbłądzonym towarzyszom, lub może oficer się pomylił, przyjąwszy za wystrzał łoskot padających brył śniegu i lodu.
Zasnąłem i odrazu przyśnił mi się bardzo wyraźnie dziwny krajobraz.
Zobaczyłem nieskończenie długą płaszczyznę śnieżną, przez którą brnął czarny wąż jeźdźców.
Poznałem nasze konie ciężarowe, poznałem Kałmuka na zabawnym, czarnym koniu w wielkie plamy białe i z garbatym pyskiem. Widziałem, jak zaczęliśmy spuszczać się z gór na dolinę, oblani jaskrawem światłem słońca. Później nastała noc, i zoczyłem niewielki gaik z płonącem ogniskiem na jego skraju, a przy ognisku moich ludzi i konie. Wyraźnie słyszałem szum niezamarzniętego potoku i na śniegu, leżącym na jego brzegach, ujrzałem krwawordzawe plamy.
Naraz ogień buchnął wysokim płomieniem. Drgnąłem i obudziłem się.
Poczynał się świt. Obudziłem swój oddział i kazałem śpieszyć się z herbatą i z kulbaczeniem koni.
Zamieć wzmagała się coraz bardziej. Śnieg bił w oczy ze straszną siłą, pokrywając wszelkie ślady ścieżki. Mróz stawał się tęższy.
Nareszcie wsiedliśmy na koń. Na czele oddziału jechał Sojot, szukający napróżno oznak drogi.
Przewodnik coraz częściej zatrzymywał się, bezradnie i z przerażeniem oglądając się wokoło.
Wpadaliśmy do głębokich wyrw, ukrytych pod śniegiem śród skał, wspinaliśmy się na wysokie stosy kamieni. Wreszcie Sojot zawrócił konia i zbliżył się do mnie.
– Nie chcę tu zginąć i dalej nie pojadę! – zawołał gwałtownym zrozpaczonym głosem.
Pierwszym moim odruchem była chęć cięcia tego tchórza nahajem. Przecież byliśmy tak blisko Mongolji, tej "ziemi obiecanej" dla nas, przez którą mogliśmy już spokojnie zdążać do celu, i raptem jakiś Sojot sprzeciwia się mojej woli. Wydał mi się on największym wrogiem. Lecz się pohamowałem i nie uderzyłem przewodnika. W głowie mi błysnęła myśl zupełnie dzika, fantastyczna.
– Słuchaj! – zwróciłem się do Sojota, mówiąc spokojnym, lecz bardzo stanowczym głosem – jeżeli zawrócisz konia i będziesz usiłował stąd odjechać lub uciec, dostaniesz kulą w kark i zginiesz nie na szczytach Tannu-Ołu, gdzie zginęli odważni, ale tu, na jego schyłkach, jak pies tchórzliwy.
Uważaj teraz, co ci będzie mówił ta-lama, któremu Wielki Burchan (Bóg) dał moc patrzenia w przyszłość. Wszystko będzie dobrze, i nic nam nie grozi! Gdy staniemy na szczytach Tannu-Ołu, wicher się uspokoi, i nie zobaczymy więcej zamieci śnieżnej. Gdy będziemy brnęli przez śniegi po płaszczyźnie, która jest tam na wierzchołkach, będzie nam słońce świeciło. Zatrzymamy się po tamtej stronie grzbietu w małym lesie modrzewiowym, pod którym płynie niezamarzający potok z czerwonemi plamami rdzawej wody na brzegu pokrytym śniegiem. Tam się będzie paliło nasze ognisko, i tam spędzimy noc!
Spostrzegłem, że Sojot zaczął dygotać ze strachu.
– Nojon już przebył tę drogę? – szeptał – Już zna płaszczyznę Darchat-Uła, która leży na tych szczytach?
– Nie! – odparłem. – Nigdy nie byłem w waszych górach, lecz tej nocy bogowie wasi nawiedzili mię i pokazali mi drogę. Wiem, że nic nam nie przeszkodzi przejść szczęśliwie przez Tannu-Ołu.
– Już prowadzę, już was prowadzę! – zawołał Sojot i, uderzywszy konia, szybko wyjechał na czoło oddziału, prowadząc nas ostrym grzbietem skalnym, wijącym się aż do szczytów, gdzie leżała śnieżna płaszczyzna.
Gdyśmy się znaleźli na wąskim gzymsie skalnym, wiszącym nad głęboką doliną, przewodnik gwałtownie wstrzymał konia i zaczął uważnie oglądać śnieg i kamienie. Po chwili podniósł się na strzemionach i zawołał:
– Dziś w nocy tą ścieżką przeszło dużo podkutych koni. Tu po śniegu ciągnął się rzemień nahaja.
To nie Sojot jechał.
Nie mieliśmy czasu na przypuszczenia i domysły, gdyż w tej chwili rozległa się salwa karabinowa, po której jeden z moich oficerów krzyknął, chwycił się za prawe ramię, i padł, nie drgnąwszy nawet, a jeden z koni ciężarowych dostał kulą za uchem.
Natychmiast zeskoczywszy z siodeł, schowaliśmy się za kamieniami i zaczęliśmy uważnie badać położenie. Od sąsiedniego szczytu oddzielał nas bardzo głęboki wąwóz, mający około 1200 kroków szerokości. Na przeciwległym skraju wąwozu spostrzegliśmy ze trzydziestu jeźdźców, którzy zeskoczyli z siodeł i rozpoczynali żywe ostrzeliwanie nas w tej niedogodnej pozycji.
Ukrywając się za skałami i w dołach, poczęliśmy odpowiadać.
– Celujcie do koni! – zakomenderował jeden ze starszych oficerów, pułkownik Ostrowski.
Rozkazałem przewodnikowi i Tatarowi położyć nasze konie na śniegu za skałami, aby nie służyły za cel przeciwnikom. Wykonali rozkaz bardzo umiejętnie i szybko.
Od naszych strzałów padło po przeciwnej stronie sześć koni, a kilka zostało poważnie ranionych, gdyż rwały się, skakały i padały, wnosząc duże zamieszanie. Kałmuk celnym strzałem wpakował kulę w łeb jakiegoś śmiałka, który, wystawiwszy głowę nad kamień, coś krzyczał i wygrażał pięściami.
Zabity padł twarzą naprzód i szybko stoczył się do wąwozu. Czerwoni żołnierze ze wściekłością klęli nas i zasypywali coraz gęstszemi salwami.
Nagle zauważyłem, że nasz przewodnik wyprowadza trzy konie, wskakuje na siodło, a za nim, jak cienie, mkną Tatarzyn i Kałmuk. Już zmierzyłem się do uciekającego Sojota, lecz uspokoiłem się, spostrzegłszy pościg naszych wschodnich przyjaciół.
– Ci nas nie opuszczą! – pomyślałem sobie.
Bolszewicy zaczęli wściekle ostrzeliwać jeźdźców, lecz ci, przypadłszy do karków końskich, pomknęli i wkrótce znikli za zakrętem grzbietu.
Długo trwała strzelanina, i nie wiedziałem, co mam czynić dalej. Strzelaliśmy rzadko, oszczędzając nabojów, lecz bądź co bądź traciliśmy nasze zapasy.
Nagle spostrzegłem na śniegu, wyżej od pozycji bolszewików, dwa punkty czarne. Bardzo wolno posuwały się one w stronę naszych wrogów i wkrótce znikły za ostremi skałami, wiszącemi tuż nad strzelającymi do nas sowieckimi bandytami. Niebawem z poza tych skał wyłoniły się tajemnicze punkty, i wtedy nie miałem już wątpliwości, że były to głowy ludzi. Za głowami zjawiły się i całe postacie, i wnet poznaliśmy Tatarzyna i Kałmuka. Podnieśli oni z rozmachem ręce do góry i cisnęli coś na dół. Z hukiem i łoskotem, setki razy powtórzonym przez echo w górach, wybuchnęły granaty. Po chwili
nastąpił trzeci wybuch, a po nim przeraźliwe krzyki bolszewickich żołnierzy i bezładna strzelanina.
Kilka koni oszalałych z przerażenia rzuciło się w wąwóz. Po kilku minutach czerwoni, ostrzeliwani przez nas, zaczęli zmykać w nieładzie i panice, starając spuścić się do wąwozu.